źródło: www.rp.pl
Kierowniczce gminnej biblioteki Mariannie Olszewskiej najbardziej żal małżeństw, które dzięki pracy w JBB wzięły kredyty na nowe domy. – Pan Bałdyga dobrze płacił. Ludzie mówią, że 2 – 2,5 tys. zł na rękę. To, jak dwoje pracuje, mogli sobie na kredyt pozwolić i dom budować. A teraz jakby im się świat zawalił. Dziś we wsi czuje się przygnębienie. Z ludźmi ciężko się rozmawia. Jakby zmarł tu ktoś bliski wszystkim – mówi Olszewska.R E K L A M A
Nadzieja na pogorzelisku
Dziś na terenie zakładu, wśród spalonych hangarów i walających się zwęglonych kiełbas, widać było ubranych w zielone drelichy pracowników zakładu. Przyszli do pracy jak co dzień – na ósmą rano. Zamiast przetwarzać mięso, zabrali się do porządkowania terenu.
– Spaliło się, to odbudujemy i znów będziemy pracować – mówi pracownik z 15-letnim stażem.
Pracę obserwuje tłumek mieszkańców. – Takiego szefa jak Józef Bałdyga to ze świecą szukać – mówi jedna z pracujących w dziale technologicznym kobiet, która z dzieckiem na ręku przyszła zobaczyć, jak wygląda zakład po pożarze. – On naprawdę dba o ludzi. Młodszych namawia do rzucenia palenia, do uprawiania sportów. Jak pracownik miał imieniny, to dostawał stówkę ekstra. Festyny organizował. To bardzo dobry człowiek.
W Łysych trudno znaleźć kogoś, kto by o Bałdydze powiedział złe słowo. – Wspaniały mężczyzna. Dla całej okolicy zrobił niewyobrażalnie wiele – mówi wójt Kowalikowski, który przedsiębiorcę zna od dziecka.
Teraz największym problemem jest wywiezienie 2 tys. ton półproduktów mięsnych, które znajdowały się w zakładzie. – Pogoda nam nie sprzyja, jest bardzo ciepło. Jeśli się z tym szybko nie uwiniemy, to grozi nam epidemia – martwi się Stanisław Kubeł z Ostrołęckiego Zespołu Zarządzania Kryzysowego. – Wszystko trzeba zutylizować.
/ zdjęcia /
