źródło: "Super Volley"
Polska ekstraklasa to nie tylko wielkie i znane nazwiska, ale też młodzi i bardzo zdolni zawodnicy. W sezonie 2008/2009 eksperci przewidują prawdziwy „wysyp” takich graczy w PlusLidze. I to właśnie o najzdolniejszych polskich siatkarzach młodego pokolenia traktował będzie nasz nowy cykl „Uwaga, talent!”.R E K L A M A
Na pierwszy ogień idzie środkowy Politechniki Warszawskiej Karol Kłos - czytamy w magazynie "Super Volley".
„Wąski”, jak nazywają go koledzy ze względu na smukłą i wątłą budowę ciała, to niewątpliwie perełka wśród polskich środkowych. – To talent na miarę Arka Gołasia – mówi o nim klubowy trener, Krzysztof Kowalczyk. – Ma spory potencjał motoryczny i doskonałą skoczność. Za kilka lat na pewno będzie jednym z najlepszych polskich siatkarzy – dodaje szkoleniowiec. A pomyśleć, że jeszcze cztery lata temu Kłos o siatkówce wiedział tyle, ile przeciętni chłopcy w jego wieku...
TRZY LATA I DO KADRY
– Siatkówka w moim życiu pojawiła się nagle i niespodziewanie. Miałem wtedy szesnaście lat – wspomina z uśmiechem Karol. – Początki były bardzo trudne. Podczas gdy w Metrze Warszawa zaczynałem od zera, inni zawodnicy w moim wieku mieli już na koncie medale z rozgrywek młodzieżowych – wyjaśnia i dodaje: – Tylko nie zapomnij napisać o moich pierwszych trenerach, bo bardzo wiele im zawdzięczam. Chodzi o Mariusza Balasza, nauczyciela wychowania fizycznego, który zawiózł go na pierwszy trening do Metra oraz szkoleniowców stołecznego klubu: Daniela Kołodziejczyka, Mirosława Srokę i Wojciecha Szczuckiego. W dorosłą siatkówkę, już po dwóch latach profesjonalnych treningów, wprowadził go ten ostatni. – W 2007 roku trener Szczucki umieścił mnie w składzie drugoligowej Legii Warszawa. Miałem być tam trzecim środkowym i na parkiet wchodzić tylko w przypadku słabszej dyspozycji Andrzeja Wrony lub Adama Sotka. Ale już na początku sezonu obu przytrafiły się kontuzje i praktycznie przez cały czas grałem w wyjściowym składzie. Te mecze pozwoliły mi zebrać doświadczenie i sprawiły, że zainteresowali się mną trenerzy reprezentacji Polski kadetów.
Karol Janaszewski i Maciej Zendeł powołali Kłosa do szerokiej kadry przygotowującej się do mistrzostw Europy w kategorii kadetów, lecz nie zabrali go do Austrii, gdzie odbywał się czempionat. „Wąski” przegrał rywalizację o miejsce w dwunastce z Przemysławem Kasparkiem, Łukaszem Polańskim i Łukaszem Wiśniewskim. Wiśniewski trzy dni przed rozpoczęciem turnieju doznał jednak poważnej kontuzji i do Wiednia w trybie awaryjnym ściągnięto Kłosa. – Tu właśnie najlepiej widać, że na początku swojej siatkarskiej drogi miałem naprawdę dużo szczęścia – mówi Karol. – Kontuzja kolegi była dla mnie szczęściem w nieszczęściu. Ogromnie żal mi było Łukasza, ale te mistrzostwa Europy pozwoliły mi się wybić – dodaje zmieszany. A „wybił się” tak, że rok później – na imprezy w kategorii juniorów – jeździł już jako pewniak do gry w podstawowym składzie. – Na treningach starałem się jak mogłem, pracowałem na 100 proc. moich możliwości. Trenerzy docenili to, a ja chciałem im się po prostu odwdzięczyć za zaufanie – tłumaczy ze skromnym uśmiechem nasz bohater.
DEBIUT MARZEŃ
Świetne występy w reprezentacji spowodowały, że Kłosem zaczęły interesować się najlepsze polskie kluby. Młody zawodnik zdecydował się wybrać ofertę bełchatowskiej Skry, ale w obecnym sezonie broni barw J.W. Construction OSRAM AZS Politechniki Warszawskiej. Jak to możliwe? – Władze Politechniki wypożyczyły mnie ze Skry. Cieszę się z tego, w stolicy na pewno łatwiej będzie mi się przebić. Ale nie zapominam, że za konkurentów w walce o miejsce w szóstce będę miał utalentowanych Jarosława Teplinga i Janusza Gałązkę – mówił Kłos po parafowaniu umowy z „Inżynierami”. Tymczasem „walkę” tę wygrał i jest obok Ukraińca – Jurija Gladyra podstawowym środkowym akademików.
Sezon ligowy 2008/2009 rozpoczął się dla Kłosa znakomicie. Jego drużyna pokonała na wyjeździe 3:2 wicemistrzów Polski – Domex Tytan AZS Częstochowa, a on sam pokazał się w tym meczu z bardzo dobrej strony. Jego pojedyncze bloki na Andrzeju Wronie i Smylenie Mlyakowie były ozdobą widowiska. Ze średnią jednego bloku na set był po pierwszej ligowej kolejce w czołówce klasyfikacji najlepiej blokujących. – Ja? To niemożliwe, musieli się pomylić – napisał mi SMS-a w odpowiedzi na gratulacje. Nikt się jednak nie pomylił. Karol miał po prostu bardzo udany debiut w ekstraklasie. A czy towarzyszyła mu trema? – Nie, w ogóle się nie stresowałem. Jestem młodym zawodnikiem, a siatkówka to moja pasja. Po każdej udanej akcji mam ogromną radość. A jeżeli coś nie wyjdzie? Cóż, jestem tylko człowiekiem i błędy się zdarzają. Nie biorę ich jednak sobie do serca, stąd też nie ma stresu. Powiem więcej: błędy nakręcają mnie do większego zaangażowania i lepszej gry – tłumaczy Kłos.
GŁOWA NA KARKU
Kłos to bardzo rozsądny i mądrze podchodzący do życia zawodnik. Mimo że zawodowe treningi zabierają mu i tak mnóstwo czasu, zdecydował się podjąć dzienne studia na jednej z państwowych uczelni. – Na razie jakoś sobie radzę – komentuje. – Siatkarzem wiecznie nie będę, nie przewidzę, na ile wystarczy mi zdrowia, dlatego te studia są dla mnie bardzo ważne – uzasadnia. – Nie chcę też wybiegać w przyszłość. Oczywiście, mam marzenia, ale głośno powiem tylko o tych bardziej przyziemnych. Chciałbym w każdym meczu, w każdym secie, w każdej akcji pokazywać się z jak najlepszej strony. Chcę jak najwięcej uczyć się, słuchać, analizować, podpatrywać najlepszych i rozwijać się.
– Takiego podejścia wielu zawodników może Karolowi zazdrościć – mówi dużo bardziej doświadczony kolega z ekipy „inżynierów”, Radosław Rybak. – To chłopak, który poza ogromnym potencjałem, ma przede wszystkim głowę na karku. Skromny, sympatyczny, inteligentny, profesjonalista! Wróżę mu wielką przyszłość.
Wielu kibiców zastanawia się czy Karol nie jest przypadkiem synem znanego siatkarza Ireneusza Kłosa. – To tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, ale nie miałbym nic przeciwko temu żeby dogonić pana Irka pod względem sukcesów – śmieje się Kłos.
